Zanim czarny bez stał się „syropem”..

2026-05-26 Wyłączono Przez Aneta Rachwał-Adamczyk

W jednym z północnorosyjskich zielników przepisywanych ręcznie pod koniec XIX wieku, prawdopodobnie około 1894 roku w okolicach guberni ołonieckiej, często przejawia się nazwisko zielarki/babki –  Warwara Michajłowna Jegorowa.

W zasadzie nie była nikim kogo dziś nazwalibyśmy imponującym..bo nie miała dyplomów, nie była lekarką ani mniszką. Była wiejską zielarką żyjącą gdzieś pomiędzy lasami Karelii a mokradłami ciągnącymi się w stronę jeziora Onega. Według starych zapisów zmarła zimą 1908 roku podczas wyjątkowo ciężkich mrozów, ale jeszcze długo po jej śmierci ludzie z północy powtarzali, że „Warwara znała rośliny lepiej niż własne dzieci”.

Najważniejsze było jednak to, że nie mówiła o ziołach jak o zwykłych roślinach.

Twierdziła, że każda z nich ma własny „oddech”, energię i pamięć. Według niej niektóre rośliny były lekkie i puste, inne ciężkie i „głębokie jak mokra ziemia”. O czarnym bzie mówiła, że jest rośliną, która „długo trzyma w sobie siłę i nie oddaje jej od razu człowiekowi”.

Mawiała:

„Bez nie pomaga człowiekowi od razu jak mięta czy lipa. Najpierw długo patrzy, kim jesteś, z czym przychodzisz i co nosisz w sobie. Jednemu odda tylko zapach, drugiemu ciepło, a jeszcze innemu całą swoją siłę. Dlatego z czarnym bzem trzeba obchodzić się spokojnie, bo to roślina, która nie lubi ludzi hałaśliwych i pustych.”

Ludzie ze wsi wierzyli, że Warwara rozmawia z roślinami. Obchodziła się z nimi inaczej niż większość ludzi. Nigdy nie rwała roślin w pośpiechu, nie łamała gałęzi bez potrzeby i potrafiła stać przy krzewie kilka minut w ciszy, jakby próbowała wyczuć, czy to dobry moment na zbiór.

Kiedy szła zbierać czarny bez, prawie się nie odzywała. Wychodziła jeszcze przed świtem, kiedy mgła siedziała nisko nad mokradłami, a świerkowy las był zupełnie czarny od wilgoci. Twierdziła, że właśnie wtedy rośliny „mówią najmocniej”, bo świat nie jest jeszcze pełny ludzkiego hałasu.

Najbardziej fascynowała ją rosa. Na północy dawnej Rosji istniało przekonanie, że nocna wilgoć zamyka w kwiatach ich „gorąco”. Warwara mówiła nawet, że rosa jest dla bzu czymś w rodzaju skóry zatrzymującej siłę rośliny w środku. Dlatego zbierała wyłącznie baldachy ciężkie od zimnej wilgoci i pokryte grubym pyłkiem.

Teraz zbieramy kwiat bzu, akurat gdy uda nam się znaleźć trochę czasu, nie zerkamy na pyłek, a ona uważała go za najcenniejszy.

W dawnych rosyjskich zielnikach naprawdę można znaleźć wzmianki, że pyłek czarnego bzu był traktowany jako „najcieplejsza część rośliny”. Wierzono, że odpowiada za działanie przy gorączkach, ciężkim kaszlu i „zimnie siedzącym w płucach”.

Dlatego Warwara nigdy nie myła kwiatów wodą i nie otrzepywała ich zbyt mocno. Twierdziła, że wtedy bez „gubi swój oddech” – po prostu traci właściwości. Nie pozwalała też zbierać go po deszczu ani w pełnym słońcu. Mówiła, że ciepły bez szybko robi się pusty i oddaje swoją siłę powietrzu.

Co ciekawe, w niektórych wsiach Karelii istniał dawniej zwyczaj sprawdzania świeżości kwiatów palcami. Zielarki pocierały baldach między dłonią a palcem. Jeśli pyłek mocno przyklejał się do skóry i pachniał słodko, ciężko i trochę miodowo, oznaczało to, że bez jest „żywy”.

Warwara wierzyła też, że czarny bez bardzo szybko chłonie zapach człowieka. Dlatego przed zbiorami nie wolno było pracować przy rybach, mięsie ani skórach zwierząt. Niektóre kobiety nawet nie jadły rano czosnku przed wyjściem po bez, bo uważano, że roślina „zapamiętuje oddech zbierającego”.

Najważniejsze zaczynało się jednak po powrocie do chaty.

Dzisiaj kwiaty czarnego bzu suszy się szybko i jasno. Na północy Rosji robiono coś zupełnie odwrotnego. Warwara rozwieszała baldachy wysoko nad piecem opalanym brzozowym drewnem i zostawiała je tam nawet na kilka dni.

Nie miała tutaj na myśli ciepła, zwracała uwagę na dym … Lekki brzozowy dym „budzi ukrytą siłę bzu”. Kwiaty robiły się wtedy kremowe albo bursztynowe i pachniały zupełnie inaczej niż świeże. Zapach stawał się ciężki, miodowy, lekko żywiczny.

Takiego bzu nie używano już do zwykłych naparów, syropów.

Przechowywano go na zimę i wykorzystywano przy ciężkich chorobach płuc, gorączkach i długim kaszlu. W dawnych wsiach północnej Rosji choroby płuc były bardzo częste. Ludzie miesiącami oddychali dymem, mieszkali w wilgotnych chatach i spali bardzo blisko pieców.

Warwara robiła wtedy rzeczy, które dziś dla współczesnego zielarza, nie są ważne..

Do ogromnego żeliwnego garnka wrzucała kwiaty czarnego bzu razem z liśćmi malin, lipą, czarnym pieprzem i czasem kawałkiem żywicy sosnowej. Garnek stał godzinami na piecu. W chacie robiło się ciężko od gorącej pary. Ściany były mokre, szyby zachodziły wodą, a powietrze pachniało jednocześnie słodko i ostro.

Ludziom kazano siedzieć bardzo blisko ognia i oddychać tym powietrzem długo oraz głęboko.

Część świeżych baldachów zielarka zalewała ciepłym miodem i zostawiała wysoko nad piecem. Po kilku dniach kwiaty puszczały gęsty, lepki sok pachnący mokrym lasem i dymem brzozowego drewna. Taki miód bezowy dawano zimą ludziom po ciężkich gorączkach i długim kaszlu.

Inne kwiaty zasypywała grubą warstwą soli kamiennej. Po kilku tygodniach robiły się bursztynowe i bardzo aromatyczne. W dawnych rosyjskich zielnikach taki bez był nazywany „gorącym”. Dodawano go do win, octów i tłustych maści na klatkę piersiową.

Warwara robiła też bardzo cenny olej bezowy. Wedle zielnika lekko zielone, jeszcze niedojrzałe baldachy zalewała lnianym olejem i trzymała tygodniami przy ciepłym piecu. Olej robił się złoty, gęsty i pachniał słodko, ale jednocześnie ciężko — trochę jak miód i mokre drewno. Na północy nacierano nim plecy, klatkę piersiową i dłonie popękane od zimna.

Dzisiaj octy znów, po wielu latach wracają do łask, jednak w dawnych rosyjskich i ukraińskich zielnikach pojawiają się bardzo często.

Warwara robiła je w wielkich glinianych naczyniach. Do kwiatów dodawała miód, jałowiec, pieprz i czasem korę brzozy. Potem wszystko zalewała mocnym octem żytnim i częściowo zakopywała w ziemi obok domu.

Ocet robił się ciemny prawie jak herbata i miał tak intensywny zapach, że szczypał w oczy.

Podczas epidemii cholery i tyfusu ludzie nacierali nim szyję, dłonie, ubrania, framugi drzwi i łóżka dzieci.

Warwara podczas wyjątkowo ciężkich zim wrzucała suszone baldachy czarnego bzu bezpośrednio na rozgrzane kamienie pieca. Powstający dym był słodki, lepki i bardzo ciężki. Starsi ludzie siadali wtedy blisko ognia i oddychali tym powietrzem bardzo powoli.

W dawnych zapisach pojawiają się wzmianki o „okadzaniu izb bzem” podczas ciężkich chorób płuc i epidemii.

Nigdy też nie pozwalała wycinać starego krzewu bez potrzeby. Na północy Rosji wierzono, że stare bzy „trzymają pamięć miejsca”. Dlatego sadzono je przy studniach, wejściach do domów i stodołach.

Mówiono nawet:
„Tam gdzie rośnie stary bez, trudniej umierać zimą.”

Dawny czarny bez był czymś zupełnie innym niż współczesny syrop na odporność. Nie kojarzył się z cukrem, słodyczą, lemoniadą..był cudownym lekiem natury..

Kojarzył się nie z letnim spacerem, ale z nocnym gotowaniem ziół podczas gorączki i próbą postawienia człowieka na nogi w środku długiej rosyjskiej zimy.

Dzisiaj kwiat czarnego bez pije się dla smaku i odporności, a dawniej pomagał człowiekowi przetrwać.

Tekst według:

«Олонецкий народный травник» — рукописный сборник северных знахарских рецептов, предположительно 1894 год, Олонецкая губерния

«Травник русских знахарей» — zbiór receptur ludowych z Karelii i północy Rosji, ok. 1901 r.

 

Nie stanowi porady medycznej

AR